Był przestraszony i
Był przestraszony i zdetonowany, ani trochę nie dał tego poznać po sobie. Zapytałem: — Więc nazywa się pan teraz Joselin? Chciałem, żeby to pytanie zabrzmiało ostro i ironicznie, tymczasem glos mi się załamał, drgnął i zadałem je niemal szeptem. Odparł spokojnie i z prostotą: — Tak jest mi wygodniej odbierać korespondencję na poste-restante. Milczałem, kompletnie zbity z tropu, on zaś dodał: — Jeżeli pan ma coś przeciwko temu, proszę mi powiedzieć. Nagle błysnęła mi wariacka myśl: oto zaraz wyciągnie rewolwer, strzeli do mnie z bliska i da nura w bramę — wszak ci panowie dobrze znają wszystkie przechodnie podwórza w mieście. Odruchowo chwyciłem się za kieszeń. Wtedy on odwrócił głowę i zawołał: — Panie sierżancie, zechce pan uprzejmie podejść tu do nas! — I spokojnie wyjął z kieszeni obie ręce. Policjant, mały, chudy człowieczek z chaplinowskimi wąsikami i ziemistą, zapadłą twarzą, poprawił kaburę i ruszył ku nam. — O co panom chodzi? — zapytał podejrzliwie. — Jakieś nieporozumienie? Brodacz, nie zmieniając pozycji, dotknął dwoma palcami kapelusza. -— Otóż mój dawny znajomy, znany dziennikarz Hans Messonier — policjant spojrzał na mnie spod oka — chciałby sprawdzić mcje personalia. A więc proszę bardzo. — Sięgnął do kieszeni, wyjął portiel, otworzył go, a ja zobaczyłem cały plik dokumentów. — Proszę, niech pan przejrzy — powtórzył uprzejmie, podając to wszystko policjantowi. Ten jednak nie wziął portfelu, tylko stał czekając na dalsze wyjaśnienia. To, że mnie drżą ze zdenerwowania ręce, brodacz zaś stoi z niezmąconym spokojem, wyraźnie zbijało go z pantałyku. Więc czego pan żąda od tego pana? — zwrócił się do mnie. Chcę — odpowiedziałem — by wytłumaczył, kiedy i dlaczego zmienił nazwisko na Joselin. To znaczy — uśmiechnął się brodacz — jeśli dobrze zrozumiałem, sierżancie, pan Messonier chciałby w7łaśnie poinformować pana, kiedy i dlaczego zmieniłem swoje nazwisko. Nastąpiło chwilowe milczenie. Sierżant wziął portfel z rąk brodacza i zwrócił się do mnie: Ale o co wreszcie chodzi? — spytał z niezadowoleniem. — Co pan ma przeciwko temu panu? Przecież to gestapowiec — powiedziałem. — Był w naszym domu i zabił mego ojca. Nie skończyłem jeszcze mówić, gdy zaszła gwałtowna zmiana, policjant jak gdyby urósł, stał się o głowę wyższy. Precyzyjnym, szybkim ruchem wsunął dokumenty do kieszeni i położył dłoń na ramieniu brodacza. — Pójdzie pan ze mną do prezydium policji — rzeki krótko. — No, dalej! I wyciągnął rewolwer. — Ależ po co, proszę najpierw sprawdzić dokumenty — z naturalną dobrodusznością uśmiechnął się brodacz, nie ruszając się z miejsca. — Przecież ma je pan w ręku. To potrwa chwilę, a ja się nie rozwieję w powietrzu. Policjant błyskawicznym wypróbowanym ruchem dotknął kieszeni brodacza, potem szybko obmacał mu spodnie; upewniwszy się, że nic tam nie ma, otworzył portfel i wsadził weń nos, jak w książkę do nabożeństwa. — Jak brzmi nazwisko tego obywatela, które pan wymienił? — zapytał czytając jakiś dokument. — Joselin? — On się nazywa Gardner — zacząłem. — To on... Urwałem. Co mam powiedzieć?! Jakimi słowami zdołam oddać tamten obraz, czarny, osmalony budynek z wybitymi oknami i drzwiami kiwającymi się na jednej zawiasie, martwy chrzęst przepalonych, połyskujących tęczowo odłamków szkła pod nogami, sczerniałą, spękaną od żaru, suchą i przeklętą ziemię w naszym ogrodzie i tamte dwa straszne trupy w mieszkaniu — jeden ojcowski, przykryty na kanapie prześcieradłem, a drugi na ziemi, mały, skręcony, ze strzaskaną czaszką, z rozrzuconymi rękami. W jednej z tych rąk zastygł, jak gdyby przyrósł do niej, miniaturowy browning koloru lila, który później wyrwano siłą. Wszystko to w ułamku sekundy mignęło w mojej ppmięci i znikło pozostawiając jedynie tępy ból i ciężar na sercu. Patrzyłem jak skamieniały na brodatego mężczyznę i czułem, że nie mogę słowa wydobyć z gardła. Wtem policjant wykrzyknął z cicha: — No tak, w porządku. „Otto Gardner, urodzony w Dreźnie w tysiąc dziewięćsetnym roku\'-. Proszę — podał mi dowód Gardnera. — Więc jednak nie Joselin, tylko Gardner? Byłem tak zdezorientowany, że nic nie odpowiedziałem. — No więc, czego pan chce od tego pana? — zapytał po chwili policjant nie doczekawszy się ode mnie odpowiedzi. I znów zajrzał do portfelu. — O, tu jest decyzja Ministerstwa Sprawiedliwości o umorzeniu kary Ottonowi Gardne-rowi, gdyż skazany — czytał dalej dosłownie — „ze wzglądu na stan zdrowia nie jest obecnie zdolny do odbywania kary i nie będzie zdolny w przyszłości\". A tu — wyciągnął następny papier — protokół komisji lekarskiej,
Poprzedni - I natychmiast podałaNastępny - Tu wyciąg, no